Pages

09.02.2013

Mons Kallentoft, "Ofiara w środku zimy”

Ludzie, co za mordęga! Zaczęłam czytać „Ofiarę w środku zimy” Monsa Kallentofta z nadzieją na kawałek porządnej rozrywki kryminalnej w szwedzkim stylu, ale cóż, brutalnie się rozczarowałam.

mons

Wynudziłam się niesamowicie, a przecież tyle osób twierdzi, że to naprawdę niezły kryminał… Mam chyba spaczony gust literacki:). Przejdźmy do konkretów: w środku baaaardzo mroźnej zimy w Linköping zostają odnalezione zwłoki (dyndające na drzewie) brutalnie okaleczonego mężczyzny. Policja przystępuję do śledztwa, a czołową rolę odgrywa w nim detektyw Malin Firs, “kobieta po przejściach”, samotna matka, której ulubioną rozrywką jest snucie depresyjnych i jałowych rozważań o sensie życia oraz zalewanie się w pestkę, gdy tylko nadarza się okazja… Powiem szczerze, Malin zalana podobała mi się znacznie bardziej niż Malin trzeźwa, przynajmniej na rauszu oszczędza nam swoich dywagacji na tematy egzystencjalne. Do kompletu autor dokłada monologi wewnętrzne trupa, w końcu równowaga w przyrodzie musi być! No i osiąga zamierzony efekt, rozważania nieboszczyka są, w rzeczy samej, tak nudne i pełne zadęcia, że świetnie współgrają z pretensjonalnymi przemyśleniami Malin. Ja nie mam nic przeciwko oryginalnej narracji, nie przeszkadza mi zmiana narratorów czy monologi wewnętrzne, ale, na Bachusa, silenie się na oryginalność może “ukatrupić” najlepszą intrygę! I wtedy potrzeba naprawdę sporo wina, by przebrnąć przez kolejne strony kryminału:) Tym bardziej, że inne postaci też są mało przekonywujące (i to tego wszyscy cierpią z jakiegoś powodu, śmiech jest zakazany, depresja wysoko wznosi sztandar), a akcja stosunkowo przewidywalna…
Z ciekawości przeczytałam wywiad z autorem w Newsweeku. Kallentoft zadeklarował: Myślę, że kryminał zyskuje kiedy pojawia się w nim prosty zestaw symboli, które są dla każdego zrozumiałe, niezależnie od języka jakim się posługujemy. Na przykład zimno symbolizować ma chłód emocjonalny, gorąco kojarzy się nam z piekłem, wiosna z okresem, kiedy budzi się życie, seksualnością natury. Ale nie wolno tego przekombinować, trzeba zachować umiar. Metaforyka nie może być za bardzo wyszukana, musi być na tyle prosta, by od razu w jednej sekundzie trafić do człowieka, tak byśmy wyczuwali ją instynktownie. Cóż, biję się w persi: jedyne, co wyczułam instynktownie, to że nigdy więcej nie sięgnę już po kryminały Kallentofta. A gdybym miała wybrać jakieś motto dla tej przygody literackiej, to bez wahania sięgnęłabym po cytat ze starego sonetu Morsztyna: "Ty nic nie czujesz, ja cierpię ból srodze…"
O tak, panie Trup, rozumiemy się doskonale!

21.01.2013

Gabriele Bonci, "Il gioco della pizza"

Tego pana z okładki to chyba w Polsce nikt nie zna, podczas gdy we Włoszech Gabriele Bonci, autor Il gioco della pizza, jest stosunkowo popularny. Najpierw podbił swoje rodzinne miasto, Rzym, oferując jego mieszkańcom znakomitą pizzę, sprzedawaną w jego knajpce niedaleko Watykanu. Później wystąpił w jednym z telewizyjnych programów kulinarnych i dzięki temu poznała go cała Italia. Teraz Bonci poszerza krąg wielbicieli, publikując swoją pierwszą książkę. A o czym traktuje to dzieło? O pizzy, rzecz jasna.


1705519_0


Pierwsze wrażenia: książka pięknie wydana, ponad 250 stron zdobionych fantastycznymi zdjęciami, które cieszą oczy. Potem nadchodzi kolej na przepisy: nie brakuje tu tradycyjnych receptur (jak nieśmiertelna margherita czy marinara), ale wiele też tych mniej znanych (jak choćby crostino alle zucchine czy pizza z cykorią) lub baaardzo oryginalnych: tu warto wspomnieć pizzę z dynią i ciasteczkami amaretti(!) czy pizzę LSD (czyli liquirizia, salsiccia, datteri - lukrecja, surowa kiełbasa, daktyle). Zdecydowanie każdy znajdzie tu coś dla siebie, zarówno zwolennicy tradycji, jak i miłośnicy innowacyjnych rozwiązań. Brakuje mi tylko dodatkowych informacji na temat wyrobu pizzy, procesu formowania samego ciasta: na pierwszych stronach książki przedstawione zostają trzy podstawowe przepisy na ciasto, do tego dorzucono kilka uwag o wyrobie ciasta, potem mamy garść informacji o zakwasie i tyle. A szkoda: Bonci, nazywany przecież “królem pizzy” (a nawet, uwaga, “Michałem Aniołem pizzy”!), mógłby poświęcić więcej uwagi samej technice wyrobu ciasta, ba, mógłby nawet zdradzić jakiś malutki sekret mistrza… Zdeycydowanie strona techniczna mogłaby być bogatsza, ale to tylko takie moje cichutkie utyskiwanie, generalnie mam pozytywne wrażenia. Książke polecam wszystkim pasjonatom kuchni włoskiej, a wielbicielom pizzy w szczególności – warto ją przejrzeć choćby po to, by zobaczyć, jak można “bawić się pizzą”.
 

13.01.2013

Wolfram Fleischhauer, "Il libro che cambiò il mondo"

Nowy rok zaczęłam przyjemną lekturą powieści Wolframa Fleischhauera, która, z tego co się orientuję, w Polsce nie została jeszcze opublikowana: niemiecki tytuł to Das Buch in dem die Welt verschwand (2003), we Włoszech znana jest jako Il libro che cambiò il mondo:
 
3426627752_l wolframgrande

Czytałam włoskie tłumaczenie, od języka niemieckiego (od czasów licealnych) wolę trzymać się z daleka:) Powieść określiłabym jako kryminał historyczno-filozoficzny. Mamy 1780 rok, Norymberga, młodziutki lekarz Nicolai Röschlaub zostaje wezwany do podmiejskiej siedziby umierającego arystokraty: na miejscu odkrywa, że nie tylko hrabia Alldorf został prawdopodobnie otruty, ale też cała jego rodzina zmarła w ostatnich miesiącach w podejrzanych okolicznościach… Odkrycie to wiąże się z innymi tajemniczymi wydarzeniami, takimi jak pojawienie się wysokiego urzędnika Giancarlo Di Tassi (prowadzącego bardzo osobliwe i intensywne śledztwo w związku ze śmiercią rodziny Alldorf), niezrozumiałe podpalanie karoc pocztowych, spotkanie z piękną Magdaleną, intrygi różnorakich sekciarzy, rozgrywki polityczne między Austrią i Prusją... a wszystko to zostaje odpowiednio „doprawione” rozważaniami filozoficznymi charakterystycznymi dla epoki Oświecenia (główny bohater zapędza się aż do Królewca, gdzie ma okazję wysłuchać wykładu Kanta!). Akcja poprowadzona bardzo zgrabnie, tło historyczno-obyczajowe świetnie zarysowane, główny bohater przekonywujący, język powieści plastyczny i oddający ducha epoki... to same plusy, prawda? Czemuż więc nie potrafię określić tej książki przymiotnikiem "znakomita"? Ano zakończenie... tak, tak, ostatnie strony powieści okazały się kompletnym rozczarowaniem. Możliwe jednak, że to tylko ja mam takie wrażenia, może za wiele oczekiwałam od autora? W każdym razie, w skali od 1 do 6 oceniłabym tę pozycję na 4+, właśnie ze względu na beznadziejne zakończenie, pozostawiające we mnie uczucie niedosytu.
Wiem, że w Polsce ukazała się już powieść Fleischhauera „Purpurowa linia” (włoski tytuł: Un enigma color porpora). Wygląda obiecująco, już ją wciągnęłam na moją listę „do przeczytania”. Mam nadzieję, że w tej książce Wolfram Fleischhauer nie dostaje zadyszki na finiszu...

08.01.2013

Notatki na marginesach


Obiecałam sobie, że w końcu zacznę prowadzić w miarę uporządkowane zapiski dotyczące moich lektur... Zobaczymy, co z tego wyniknie:)